Polecamy



Zanzibar. Dom Żółwia.
Małgorzata Szejnert
 

WALKABOUT 5* Katamaran


Zanzibar Non-Stop to nasza specjalność 


Safari balonem


POLINEZJA Non Stop



Newsletter
   

Karibu Zanzibar
Gabriela Kotkowska

„Zanzibar: biała, kamienna, kunsztownie rzeźbiona brosza starego arabskiego miasta, a dalej lasy plamy kokosowej, olbrzymie, rozgałęzione drzewa goździkowe i pola kukurydzy, pola kassawy, a to wszystko obramowane świecącym piaskiem plaż z wyżłobieniami seledynowych zatok, w których kołyszą się flotylle łódek rybackich.”
Heban, Ryszard Kapuściński

Na Zanzibarze, wyspie leżącej u wschodnich wybrzeży Tanzanii, spędziłam pół roku. Przez sześć miesięcy uzależniłam się od tego skrawka Afryki, szumu oceanu, smaku pieczonych batatów i soczystych ananasów, widoku kiczowatych zachodów słońca, korzennego zapachu, unoszącego się wszędzie niczym poranna mgła i jaskrawych kolorów, które w padającym niemal prostopadle, równikowym słońcu są pełniejsze, trójwymiarowe jakby i jeszcze bardziej świetliste. Ale nie trzeba aż tyle czasu, żeby zakochać się w tym miejscu. Dwa, trzy tygodnie wystarczą, by Zanzibar odcisnął na podróżnym swoje piętno, by spędzone tu wakacje stały się niezapomniane. Cudne plaże o drobnym, białym piasku, rozczochrane palmy, chylące się w teatralnym ukłonie ku morzu, pełne życia rafy koralowe, bogata kultura, leniwa atmosfera, przyjaźni ludzie oraz mnóstwo słońca - to wszystko sprawia, że wyspa jest fantastyczną krainą, wciąż jeszcze nie zadeptaną przez turystów.
Gdy po 20 minutach lotu z Dar es Salaam wyjrzałam przez okno małej rozedrganej awionetki, moim oczom ukazały się rozrzucone w nieładzie złociste wysepki w szmaragdowo-turkusowej oprawie oceanu Indyjskiego. Tak naprawdę bowiem, Zanzibar jest archipelagiem, składającym się z dwóch dużych wysp: Pemby i Unguji, oraz kilku mniejszych wysepek. Unguja potocznie nazywana Zanzibarem, od wieków przyciągała poszukiwaczy przygód, odkrywców i podróżników. Skąd się wzięła ta egzotyczna nazwa, rodem z opowieści o Sindbadzie Żeglarzu, dokładnie nie wiadomo. Ali, miejscowy nauczyciel, którego poznałam w Nungwi, opowiadał mi coś o lokalnym trunku, ale chyba wymyślił tę historyjkę na poczekaniu, choć polskie brzmienie słowa, z trunkami owszem, się kojarzy. Bardziej prawdopodobna wersja mówi, że współczesny wyraz „Zanzibar” pochodzi od arabskiego określenia „Zinj el Barr”, czyli „Ziemia Czarnych”, nadanego wyspie przez pierwszych arabskich kupców, którzy w III wieku n.e. dopłynęli w te strony na drewnianych łódkach dhows, przywiani przez północnowschodni monsun. Kupcy owi przywieźli ze sobą tkaniny, biżuterię, przyprawy, a czterysta lat później także Islam. Dziś ponad 90% spośród 700 tyś. mieszkańców Zanzibaru to Muzułmanie.
Kulturowy miszmasz
W ciągu wielowiekowej historii tego zakątka ścierały się tu i nawarstwiały różne kultury, religie i tradycje, kształtując niezwykły, złożony charakter wyspy. Plemiona Bantu, Arabowie, Persowie, kupcy Suahili, Hindusi, Azjaci, Europejczycy – każdy zostawił coś po sobie. Między XII a XV wiekiem Zanzibar stał się centrum handlu z Indiami i Azją. Na ten czas przypada też okres największego rozwoju wyspy i jej stolicy - Stone Town. Ślady tej dawnej świetności odnalazłam w wyblakłym i wymytym tropikalnymi deszczami mieście, wzniesionym z chropowatego kamienia rafowego. Każdy spacer wąskimi uliczkami, zaprojektowanymi na szerokość osiołka z wozem (tak, by docierało do nich jak najmniej bezlitosnego słońca), stawał się pełną efemerycznego uroku wędrówką w przeszłość na spotkanie teraźniejszości. Zawsze, gdy przyjeżdżałam do Stone Town, najbardziej lubiłam po prostu zgubić się w tym labiryncie zakamarków i wędrować bez celu, chłonąc dźwięki, zapachy oraz niezwykłą atmosferę miasta. Z plątaniny zaułków, placy i podwórek wyłaniały się wówczas niespodziewanie okazałe, choć lekko już zniszczone arabskie domy z ozdobymi fasadami i balkonami; piękne przykłady architektury suahili, będącej połączeniem stylu arabskiego, hinduskiego i afrykańskiego, słynnej m.in. z misternie rzeźbionych drewnianych drzwi; meczety; katedra anglikańska zbudowana na miejscu dawnego targu niewolników; kościół romański, królewske łaźnie, stary fort, pamiętający czasy Portugalczyków i Beit el Ajaib (Dom Cudów), wzniesiony przez sułtana Zanzibaru Barghasha. Włócząc się po mieście obserwowałam staruszków siedzących na progach domów i grających w bao lub przyglądających się życiu, które tutaj upływa ludziom na ulicy; dzieci toczące patykiem oponę od roweru i miejscowych artystów, zachwalających obrazy Tingatinga (tanzański styl), przedstawiające stylizowane afrykańskie zwierzaki lub scenki rodzajowe, kojarzące się z malarstwem naiwnym i malunkami Celnika Rousseau.
Chacula pycha!
Pokochałam Stone Town od pierwszego wejrzenia. To niezwykłe miasto jest ładne o każdej porze dnia: o czwartej rano, gdy wibrujący, donośny głos muezina nawołującego do pierwszej modlitwy, wzmocniony ciszą nocy obiega uliczki, odbijając się od chłodnych murów; w pierwszych, jeszcze delikatnych promieniach słońca, gdy dzień się budzi, dzieciaki idą do szkoły, sprzedawcy rozkładają swoje kramy, a koty leniwie przeciągają grzbiety, rozglądając się za poranną przekąską; po południu, gdy ulice pustoszeją, a kto może chowa się w resztkach cienia, by przetrwać jakoś najgorętsze godziny; i pod wieczór, kiedy niebo blednie, a uwolnione od upału powietrze rozrzedza się, pozwalając na głębszy oddech. Ta szara godzina, gdy ogromna amarantowa kula z wolna płowieje nad oceanem jest zapowiedzią czegoś bardzo miłego: chłodu i posiłku. O tej właśnie porze w ogrodach Forodhani rozkładane są wzdłuż nabrzeża prowizoryczne grille i przenośne kramy z napojami. Znikąd pojawiają się stoliki oraz plastikowe krzesła, nagle robi się tłoczno i gwarno. Na blatach rosną piramidy przygotowanych do pieczenia szaszłyków z krewetek, muli, drobnych ośmiornic i różnych rodzajów ryb. Błyszczą korpusy langust i homarów, czerwienią się kraby wielkości dłoni, piętrzą się stosy frytek, pierożków nadziewanych mięsem lub warzywami oraz sałatki z kapusty, pomidorów i ogórków. Już po chwili powietrze wypełnia się dymem przesyconym aromatem owoców morza. Nie raz patrzyłam jak „Pan Pizza” sieka cebulę oraz pomidory i kręci na palcach cienkie placki na wyborną zanzibarską pizzę, którą smaży na rozgrzanej, płaskiej blasze, i ślinka mi ciekła na samą myśl o jedzeniu. Ten nocny targ smaków wymieniany jest w przewodnikach jako atrakcja turystyczna, ale nie jest on bynajmniej elementem folkloru na pokaz, przeznaczonym wyłącznie dla turystów. Na tanie lokalne specjały przychodzą tu całymi rodzinami również miejscowi. To istny raj dla nieustraszonych odkrywców nowych wrażeń smakowych, miejsce, które z pewnością należy odwiedzić. Byłam tu wielokrotnie i ze spokojnym sumieniem mogę życzyć: karibu chacula – smacznego!
Tam, gdzie rosną goździki
W Stone Town warto zostać przynajmniej dzień lub dwa, a potem ruszyć dalej. Kierując się na północ dotrzeć można do Nungwi, malowniczej rybackiej osady położonej na samym krańcu cypla, która przez wiele miesięcy była moim domem. Droga wiedzie przez pola kukurydzy, gaje palmowe i plantacje bananowców. Co jakiś czas na horyzoncie wyrastają krępe baobaby i rozłożyste chlebowce, a wzdłuż pobocza rozsypane na płachtach, suszą się w słońcu goździki. Nie bez powodu Zanzibar nazywany jest Wyspą Przypraw. To, co w Europie drogie i trudno dostępne, tutaj rośnie na wyciągnięcie ręki. Wyspa słynie przede wszystkim właśnie z uprawy goździków. W XIX wieku była największym na świecie producentem tej cennej przyprawy, dziś plasuje się w pierwszej trójce. Dla turysty przyzwyczajongo do wysuszonych, przeważnie zmielonych i zapakowanych produktów z supermarketu, wycieczka na jedną z wielu tutejszych plantacji jest niemal objawieniem. Pamiętam, jak pewnego razu stałam z grupą kilku osób pod wysokim, zielonym drzewem, obsypanym czerwonymi pączkami kwiatów. Oto goździkowiec – powiedział przewodnik. – To goździki rosną na drzewie? A nie w sklepie? – zażartował ktoś, nieudolnie maskując zdziwienie.
Żarty żartami, ale ile osób wie, że kurkuma to pomarańczowy korzeń podobny nieco do korzenia imbiru?; że kora cynamonowa pochodzi z drzewa, którego korzenie pachną jak rozgrzewająca maść mentolowa, a kardamon jest płożącym się krzewem o owocach przypomnających mały agrest? I tak dalej, i tak dalej... Trawa cytrynowa, anyżek, sezam, pieprz, wanilia, gałka muszkatołowa... Niezwykła dawka aromatów i kolorów oraz barwnych historyjek opowiadanych przez lokalnych przewodników przyprawia o zawrót głowy i nie sposób zapamiętać nazw wszystkich ziół, owoców i przypraw.
W rytmie słońca
Droga ze Stone Town kończy się po około 80 km w Nungwi, gdzie wzdłuż wybrzeża przycupnęło kilka hoteli, cztery restauracje, dwa bary i trzy bazy nurkowe. Jest też piękna szeroka plaża, z widokiem na wyspę Tumbatu, zamieszkałą podobno przez czarowników, nad którą co wieczór pocztówkowo wręcz zachodzi słońce. Z tyłu natomiast ciągnie się wioska: chaty z kamienia, kryte liścimi palmowymi, kilka sklepików, lokalna piekarnia, gdzie kupowałam puszyste bułki, gdy chwyciła mnie tęknota za europejskim pieczywem; przychodnia, sklep z kangami – tradycyjnym strojem zanzibarskich kobiet, składającym się z dwóch wzorzystych, prostokątnych kawałków materiału, z których jeden upina się jak chustę, a drugi jak spódnicę. Kobiety owinięte w kangi wygladają ślicznie, niczym egzotyczne ptaki. We wsi jest też przystanek dala dala, minibisuków zawsze wypchanych pasażerami do granic możliwości, kursujących po wyspie z zawrotną prędkością oraz zwrócona ku morzu mini stocznia, gdzie od wieków tą samą metodą buduje się rybackie łódki dhow.
Nungwi to idealne miejsce na relaks, kąpiele słoneczne i morskie, lekturę i pisanie pamiętnika z podróży w cieniu palm, spacery plażą do sąsiedniej wioski Kendwa, wypacanie lokalnego piwa Kilimanjaro lub Safari, w takt regularnego hamakowego buj-buj oraz na nurkowanie. W zasięgu 20-30 minut drewnianą łodzią znajdują się jedne z najciekwaszych raf, wśród nich m.in: Hunga, Kichafi oraz Watabomi i Kichwani Wall, przy atolu Mnemba.
Wszystko toczy się tu niezwykle powoli, wręcz anemicznie, nie w rytmie wskazówek zegara, lecz wschodów i zachodów słońca, co grozi zapadnięciem się w głęboką czasoprzestrzenną dziurę, z której potem trudno się wydostać. Aby tego uniknąć wynajęłam samochód i wybrałam się na kilka wycieczek. Odwiedziłam usiane hotelami oraz ekskluzywnymi resortami wschodnie wybrzeże, urokliwe wioski Jambiani i Paje na południu, przepełnione skrzekiem małp Jozani Forest, Kizimkazi z najstarszym na wyspie meczetem, wysepki Uzi oraz Prison. Po drodze zawsze przejeżdżałam przez Srone Town, by napić się herbaty imbirowej w restauracji Monsoon, przejść się gwarnymi uliczkami lub zjeść coś na wieczornym targu, po czym niespiesznie wracałam do Nungwi, do cudownego nic-nie-robienia.

Gabriela Kotkwska