| |
Polecamy

Zanzibar. Dom Żółwia.
Małgorzata Szejnert
WALKABOUT 5* Katamaran

Zanzibar Non-Stop to nasza specjalność

Safari balonem

POLINEZJA Non Stop
Newsletter
|
|
|
Święto Durga Puja Gabriela Kotkowska
Podróż lądem, z Lhasy – stolicy Tybetu, do Katmandu – stolicy Nepalu trwała trzy długie dni. Wynajęty samochód mozolnie pokonywał odległość połykając kolejne kilometry. W południe drugiego dnia, za kolejnym zakrętem, zupełnie niespodziewanie zmienił się krajobraz. W miejsce bezkresnego stepu, gór bez wegetacji i kurzu, pojawiła się rozbuchana zieleń i wilgotne powietrze. Ciszę wypełniło miarowe brzęczenie owadów, kolory stały się intensywne, światło rozproszone. A jeszcze kilka kilometrów wcześniej, w zasięgu wzroku nie było ani jednego drzewa, żadnej trawki.
Samochód zatrzymał się przed granicą chińską. Dalej trzeba było radzić sobie samemu. Do punktu kontrolnego w Kodari, po stronie nepalskiej, zostało jeszcze 7 km, które należało pokonać pieszo. Formalności szybko udało się załatwić, ale tego dnia było już za późno na podróż do Kathmandu. Zdecydowałam się więc jechać do Barabise, miejscowości położonej w połowie drogi do stolicy. W rozklekotanym autobusie zapchanym po brzegi, zostało jedynie trochę wolnego miejsca na dachu. Wśród paczek z kołdrami, tobołków i plątaniny ludzkich ciał znalazłam skrawek przestrzeni, żeby przykucnąć. Tęgi Nepalczyk siedział mi na stopach, a kościsty młodzieniec wbijał w plecy kolano. Przeciążony autobus ledwo jechał krętą wąską drogą, kołysząc się niebezpiecznie na boki. Co jakiś czas trzeba było schylać głowę, by nie zahaczyć o druty wysokiego napięcia. Na dachu kwitło życie towarzyskie. Ktoś częstował papierosami, ktoś inny pytał skąd jestem, dokąd jadę, czy mam męża i gdzie on teraz jest. Mieszkańcy wiosek, przez które przejeżdżaliśmy natychmiast wyławiali wzrokiem moją jaśniejszą niż pozostałe twarz, żywo przy tym gestykulując.
Do Barabise dotarłam już po zmroku. Bez trudu udało mi się znaleźć nocleg i zjeść pierwszy, od kilkudziesięciu godzin, ciepły posiłek.
Następnego dnia już o 4.30 rano wyruszyłam dalej do Katmandu. Podróż do stolicy trwała ponad cztery godziny, mimo że to tylko kilkadziesiąt kilometrów. Na jednym z licznych postojów wsiadło stado kóz. Wszystkie miały długie uszy i smutne oczy. Czekaliśmy długo, bo zwierzaki za żadne skarby nie chciały dać się załadować. Trzy uciekły i opiekun stada wraz z kierowcą ganiał je po zboczu góry. Część kóz wepchnięto siłą do środka, pozostałe jechały na dachu. Beczały przeraźliwie, jakby przeczuwały coś złego.
Po kilku dniach w Katmandu, gdy odwiedziłam już wszystkie najważniejsze miejsca i ogarnęło mnie znużenie, w mieście zaczęło coś się dziać. W powietrzu wisiała dziwna atmosfera zapowiadająca nadzwyczajne wydarzenia. Rupie w kantorach zdrożały, zmieniło się menu w restauracjach, kolejno znikali gdzieś uliczni sprzedawcy, stanowiący punkty orientacyjne w moich codziennych wędrówkach. Przy większych świątyniach i kaplicach pojawiły się uwiązane na postronkach kozy. Ludzie dookoła byli podekscytowani. Wkrótce wszystko się wyjaśniło. Zaczął się festiwal Dasain, zwany też Durga Puja. Wielkie święto będące dla wyznawców hinduizmu tym, czym dla katolików Boże Narodzenie. Trwające prawie dwa tygodnie uroczystości: procesje, parady i tańce, odbywają się ku czci bogini Durga, która ocaliła świat przed złem, zwyciężając demona ukrytego w ciele bawoła. Zupełnie nie oczekiwanie znalazłam się w samym centrum wydarzeń. Dziwne to święto. Zarazem piękne i okrutne, radosne i przygnębiające. Kulminacją obchodów Dasain są Maha Asthami i Kala Ratru (czarna noc). Wtedy właśnie rozpoczyna się składanie zwierząt w ofierze bogom. Setkom owiec, kóz, kaczek i kur, na ulicach miast, miasteczek i wsi, w brutalny sposób, odbiera się życie. Czarnym bawołom, symbolizującym pokonanego demona, ucina się głowy. Newarowie, najliczniejsza grupa etniczna w Nepalu, nazywają ten dzień „Syako tyako” (więcej zabijesz, więcej dostaniesz). W wąskich uliczkach niesie się kwik zarzynanych zwierząt i czuć zapach krwi, którą smaruje się koła samochodów, autobusów, ciężarówek, a nawet samolotów, by uchronić je w następnym roku przed wypadkami. Hindusi wierzą, że zwierzęta ofiarne dostąpią zaszczytu i odrodzą się jako ludzie. Przypomniały mi się kozy, które jechały z nami autobusem. A więc była to ich ostatnia podróż… Dla podróżujących w tym czasie po Nepalu bardziej wrażliwych turystów, to ciężka próba. Ja jej nie wytrzymałam. Uciekłam na kilkudniowy trekking do Nagarkot, miejscowości słynącej z pięknych zachodów słońca.
|