Polecamy



Zanzibar. Dom Żółwia.
Małgorzata Szejnert
 

WALKABOUT 5* Katamaran


Zanzibar Non-Stop to nasza specjalność 


Safari balonem


POLINEZJA Non Stop



Newsletter
   

Dżungla
Gabriela Kotkowska

Dzień zaczął się fatalnie. Kierowca zastrzelił się tuż nad ranem. Podobno zawód miłosny. Okropna historia. Miał nas zawieźć do wioski Santa Rosa, skąd wypływaliśmy łodzią do dżungli, w górę rzeki Yucuma. Z Rurrenabaque, małego miasteczka leżącego po wschodniej stronie Andów, w północnej części Boliwii, wyjechaliśmy przygnębieni i z dużym opóźnieniem, a za kierownicą terenowego jeepa usiadł właściciel biura turystycznego. Gdybym była przesądna, pewnie bym nie pojechała. Ale nie jestem, więc mimo okoliczności zdecydowałam się na tę wycieczkę. Mieliśmy przecież przed sobą trzy dni atrakcji: podziwianie delfinów słodkowodnych, łowienie piranii, polowanie na anakondy. Tak przynajmniej można było przeczytać na ulotce reklamowej agencji Fluvial Tours – organizatora wyprawy, na którą daliśmy się namówić. My, czyli Marc z Australii, Darry i Lorraine z Anglii, Vicky i Christine z USA, i ja - sześciu białych turystów, z których nikt nigdy nie był w dżungli….
Cztery godziny później siedzieliśmy gęsiego w długiej, drewnianej motorowej łodzi załadowanej prowiantem i zapasem wody na kilka dni. Chaco, nasz przewodnik, błysnął w uśmiechu białymi zębami jak fleszem, pociągnął za linkę, silnik zacharczał, zabulgotał i odbiliśmy od brzegu. Brunatna, spokojna powierzchnia rzeki początkowo wyglądała niewinnie. Jednak już po kilku minutach tuż nad lustrem wody pojawiły się dwie, ciemne kulki – oczy. To aligator. Potem następny i kolejne. A gdy wzrok przyzwyczaił się już do ostrego słońca i rozróżniania poszczególnych kształtów wśród wielotonowej zieleni, okazało się, że bestie były wszędzie. Złaziły z błotnistych brzegów, ciągnąc za sobą tłuste ogony, pięły się z mozołem na piaszczyste wysepki pośrodku nurtu rzeki lub drzemały w cieniu szuwarów. Podczas sześciu godzin spędzonych na tej łódce miałam wrażenie, że ktoś przypadkiem wmontował mnie w kadr filmu przyrodniczego. Co jakiś czas niedaleko nas połyskiwał różowawy grzbiet delfina, na brzegach, tam, gdzie gęstwina pozwalała dojść do wody, pojawiały się kapibary – dziwne zwierzątka przywodzące na myśl mieszkańców Doliny Muminków, na zwalonych pniach drzew wygrzewały się całe rodziny żółwi, a w oddali można było dojrzeć baraszkujące między gałęziami małe, ciemnożółte małpki z czarnymi łebkami. Przelatywały nam też nad głowami dziwne kolorowe ptaszyska, dalecy kuzyni czapli, wielkie motyle i ważki, a od czasu do czasu do łodzi wpadały drobne srebrne rybki, uciekające w popłochu przed piraniami.
Do obozu dotarliśmy wraz ze zmierzchem. Przywitał nas kucharz i przyjemny zapach jedzenia. Noc w drewnianym baraku, w łóżkach szczelnie opatulonych moskitierami była krótka i głośna. Dżungla bowiem nie śpi. Żyje w ciemności mnóstwem dźwięków: szelestów, wrzasków, pisków i pohukiwań. Nikt z nas prawie nie zmrużył oka. Mimo to poderwaliśmy się wszyscy o szóstej rano, by wziąć udział w „polowaniu” na anakondy. Trzeba było ruszyć wcześnie, zanim słońce znajdzie się w zenicie i wypali nas na wskroś. Szliśmy szpalerem przez mokradła, błoto śmierdzące zgniłym jajkiem sięgało nam do kolan, gęste trawy ograniczały widoczność, a roje komarów atakowały nie osłonięte twarze i dłonie. Przewodnik z długim kijem w ręce, w skupieniu wpatrywał się w grzęzawisko. Nagle ciszę rozproszył donośny krzyk: wąż! Spojrzeliśmy na lewy koniec szeregu. To Marc. Wyglądał jak rzeźba. Stał nieruchomo, w szerokim rozkroku, z rękami uniesionymi do góry. Wydawało się nawet, że przestał na chwilę oddychać. Natychmiast rzuciliśmy się w jego stronę. Zrobiło się zamieszanie. Zanim zorientowałam się, co się dzieje Chaco wyciągał już z bagniska oślizgłe, wilgotne cielsko anakondy. Miała sześć metrów długości i prawie pół metra średnicy. Chaco trzymał ją, ściskając lekko pysk. Gdyby mogła, zasyczałaby pewnie z wściekłości: znowu jakaś banda turystów będzie sobie ze mną robić zdjęcia. I tak się stało. Wszyscy wyjęli aparaty i zaczęło się pstrykanie oraz pozowanie. Niektórzy kazali sobie owijać biednego gada wokół szyi, inni sami chcieli trzymać węża. I gdy anakonda miała ozdobić szyję kolejnej osoby, nie wytrzymała. Skorzystała z chwili nieuwagi przewodnika, wyrwała się z uścisku i ukąsiła go w palec. Na szczęście anakondy nie są jadowite (zabijają dusząc), ale rana jest bolesna i długo się goi.
Tak zakończyło się nasze „polowanie”. Nikt już nie miał ochoty na oględziny gada ani też na poszukiwanie kolejnych przedstawicieli gatunku Eunectes, wąż wrócił więc do wody, a my do obozu na zasłużoną sjestę.