Polecamy



Zanzibar. Dom Żółwia.
Małgorzata Szejnert
 

WALKABOUT 5* Katamaran


Zanzibar Non-Stop to nasza specjalność 


Safari balonem


POLINEZJA Non Stop



Newsletter
   

Machu Picchu
Gabriela Kotkowska

Z Cuzco, dawnej stolicy potężnego imperium Inków, codziennie na stary inkaski szlak, Camino del Inka, wiodący do legendarnego miasta Machu Picchu, wyrusza ponad sześćset osób. Wędrówka trwa cztery dni, choć to zaledwie trzydzieści trzy kilometry. Ale droga kluczy przez góry, trzeba też pokonać trzy przełęcze, z których najwyższa leży na wysokości ponad czterech tysięcy metrów. Trasa zaczyna się w pobliżu miasteczka Ollantaytambo. Jej początek wyznacza kamienny słupek z wymalowanym napisem: kilometr 88. W słoneczny lipcowy dzień stałam oparta o ten słupek i patrzyłam na spieniony nurt Urubamby, świętej rzeki Inków, rozmyślając o tym, co mnie czeka. Kilka chwil później byłam już na szlaku. Towarzyszyli mi: Pierre i Eryk, lokalny przewodnik, kucharz oraz kilku tragarzy dźwigających namioty i prowiant. W tyle została hucząca rzeka, zniknęły ostatnie zabudowania miasteczka. Ścieżka wznosiła się łagodnie wśród eukaliptusów, begonii, różnych gatunków orchidei i pachnących ziołami traw. Na horyzoncie jaśniał, biały jak lukrowana wielkanocna baba, potężny szczyt: La Veronica. Mimo, że droga nie była trudna, duża wysokość (dwa i pół tysiąca metrów n.p.m.) dawała się we znaki. Siedmiokilowy plecak przyginał do ziemi, bolał kontuzjowany wcześniej bark, doskwierało biodro. Po czterech godzinach intensywnego marszu dotarliśmy do pierwszego obozu. Nad wartkim strumieniem czekały już rozstawione namioty, na małej jednopalnikowej kuchence gotowała się woda na herbatę. Zmierzch zapadał szybko i równie szybko obezwładniało mnie zmęczenie. Po kolacji przy świecach, pod rozmigotanym niebem, w gęstniejącym andyjskim zimnie, nie pozostało nam już nic innego, jak zagrzebać się w śpiworach i zasnąć.
Kolejny dzień był walką stoczoną z własnym ciałem i umysłem. Sześć godzin marszu pod górę, niemal cały czas po schodach. Starych, wyślizganych schodach Inków, po których kiedyś przemykali jak wiatr chasqui – inkascy gońcy, roznosząc ważne wieści. Na początku organizm się buntował: odmawiały posłuszeństwa nogi, plecy, ramiona, kolana, krzyż. Umysł panikował: nie dam rady. Jednak po dwóch godzinach, gdy mięśnie się rozgrzały i udało mi się złapać rytm, zaczęłam odczuwać nawet pewną przyjemność w zmęczeniu i bólu. Powolne kroki, metodyczne pokonywanie kolejnych stopni stało się moją mantrą. Jednostajność i monotonia ruchów sprawiała, że czułam się trochę jak w transie: maksymalna koncentracja, liczą się tylko schody i to, by cały czas posuwać się na przód. Nie byłam sama. Długi sznurek takich jak ja piechurów, wił się przez góry. Prawie wszyscy szli w milczeniu, oszczędzając każdy oddech. Niektórzy z grymasem wycieńczenia na twarzy, jedni purpurowi z wysiłku, inni zielonkawi ze zmęczenia. Zasapani, zadumani, z zabłąkanym uśmiechem lub smutną powagą. Lepiej nie patrzeć przed siebie, na zygzaki ścieżek znikających za kolejnym wzniesieniem. Lepiej patrzeć pod nogi. Jeszcze tylko dwieście metrów do najwyżej na tej trasie przełęczy (cztery tysiące dwieście metrów n.p.m). Sto, pięćdziesiąt, dwadzieścia… Dlaczego stopnie są coraz wyższe? Wreszcie. Udało się. Wygrałam tę rundę, ale to jeszcze nie koniec walki na dziś. Od obozu dzielą mnie jakieś dwie godziny drogi…w dół, znów po schodach. Zaczął padać deszcz. Lodowaty wiatr nie pozwolił na dłuższy odpoczynek, szybko więc ruszyliśmy dalej. Schody były śliskie, stopnie wąskie. Kolana zbuntowały się już po kilkudziesięciu minutach. Sama nie wiem, co gorsze: wchodzić czy schodzić. Dotarłam na miejsce około 13.00. Wszystko mokre, pełne wody jak gąbka: buty, spodnie, śpiwór. Przenikliwe zimno, wilgoć, szeroki strumień wody z nieba i nie ma się jak ogrzać. Morale niskie. W nocy deszcz bębnił o namiot tworząc przyjemny duet z szemrzącym obok potokiem. Następnego dnia scenariusz niemal identyczny: wspinaczka stromo pod górę, ściana deszczu, zimno, mięśnie udają, że ich nie ma. Umysł nie chce przekazywać nogom żadnym informacji. A przed nami dwie wysokie przełęcze. Schody i kamienie, błoto i wiatr… Jestem twarda, jestem twarda, jestem twarda – to moja nowa mantra. Nigdy wcześniej nie miałam chyba okazji na taki sprawdzian własnych możliwości. Wyczerpanie odebrało mi nawet ciekawość. Z trudem skupiałam się na historiach, które opowiadał przewodnik, gdy mijaliśmy kolejne ruiny inkaskich miast, świątyń, warowni. Podpierałam się nosem, ale jakaś dziwna siła nieustannie pchała mnie naprzód.
Czwartego dnia o szóstej rano, po bardzo krótkiej nocy i godzinnym szybkim marszu stanęliśmy w końcu w Bramie Słońca górującej nad miastem. Świt powoli rozbielał niebo, przestało padać. Mgła wiła się w dolinie. U naszych stóp, spośród jajowatych pagórków porośniętych tropikalnym lasem, z galopujących chmur stopniowo wyłaniało się tajemnicze Machu Picchu. Słońce delikatnie barwiło szczyty gór na horyzoncie, wiatr niósł głosy ptaków, ktoś grał na flecie indiańską melodię. Czułam budzącą się magiczną energię. Legenda nagle ożyła.