Każda dolina to miejsce uprzywilejowane. Schowana za górami, osłonięta od wiatru, przecięta paskiem rzeki staje się schronieniem idealnym. Mieszkańców rozpieszcza łagodniejszym niż w wyższych partiach gór klimatem, urodzajną glebą, bujną roślinnością, a zmęczonym wędrowcom daje poczucie bezpieczeństwa, nadzieję na odpoczynek i spotkanie z drugim człowiekiem. Może właśnie dlatego, z wdzięczności, ludzie nadają dolinom ładne nazwy: Dolina Pięciu Stawów, Dolina Królów, Dolina Cudów, Dolina Elqui. Ta ostatnia leży w północnej części Chile, otoczona piaskami pustyni Atacama, jednego z najbardziej suchych miejsc na ziemi. Mimo to, w dolinie panuje szczególny mikroklimat, powietrze jest wilgotne i ciepłe, a ziemia hojna i cierpliwa. Daleko, aż po horyzont rozciągają się plantacje winogron, mandarynek i pomarańczy, a przy drogach i w ogrodach rosną awokado, opuncje i papaje. Tubylcy mówią, że skupia się tu również niezwykła kosmiczna energia. To ziemia chilijskiej poetki Gabrieli Mistral, narodowego alkoholu pisco oraz fanów UFO.
Wszyscy chilijscy znajomi radzili: jedź do doliny Elqui i koniecznie zwiedź rozsypane między górami osady: Vicunię, Pisco del Elqui, Horcon, Alcaquaz. Posłuchałam. Z La Sereny, miasta na wybrzeżu, przez większą część roku mającego nad sobą niebo w kolorze blachy, ruszyłam do Vicunii. Już po kilkunastu kilometrach, gdy autobus wspiął się na pierwsze pagórki, niebo pękło nagle, chmury uleciały jak babie lato i nad głowami rozlał się świetlisty granat oraz pierwszy od kilku dni blask słońca. Im bliżej doliny, tym krajobraz bardziej się wyostrzał, a kolory nasycały.
Vicuna okazała się być sennym i opustoszałym o tej porze roku, miłym miasteczkiem z zadbanym parkiem na głównym placu, dziwną, nieczynną już dzwonnicą, przypominającą wieżę z gry w szachy i kilkoma, przecinającymi się pod katem prostym, ulicami. Bez trudu znalazłam pokoik w Hospedaje la Elquina, uroczym zakątku, otoczonym drzewkami cytrynowymi i krzakami awokado. Dookoła cisza i spokój. Zamierzałam spędzić tu trzy dni. Przez pierwsze dwa włóczyłam się po okolicy, przypatrując się życiu miasteczka. Byłam na targu, zwiedziłam muzeum Gabrieli Mistral, wspięłam się na Cerro de la Virgen, by przyjrzeć się zapadającemu zmierzchowi.
Trzeciego dnia natomiast, w niedzielne przedpołudnie, postanowiłam zwiedzić dolinę. O dziewiątej rano wsiadłam w lokalny autobus i ruszyłam w drogę. Najpierw Pahiuano – małe miasteczko całe w opuncjach, potem Monte Grande i grób Gabrieli Mistral, Pisco del Elqui, nad którym unosi się subtelna mgiełka zapachu okowity ulatująca z tutejszego muzeum, gdzie można poznać krok po kroku proces produkcji pisco i wreszcie Horcon - koniec trasy. Do położonego osiem kilometrów dalej, na końcu doliny, Alcoguaz trzeba iść piechotą. Około dwóch godzin marszu w piekącym słońcu, szutrową drogą pozwijaną jak wstążka gimnastyczki. Pusto i cicho.
W Alcoguaz wiatr gonił kurz i pachniało niedzielnym rozleniwieniem. Dzieciaki zabijały czas próbując trafić kamieniem w butelkę piwa, w skrawkach cienia drzemały psy, w kiosku powoli topniały lody, a zza przymkniętych okiennic koślawych domków dobiegały obiadowe dźwięki. Przed kościołem na ławce wyciągnął się młody chłopak, tuż obok przysiadły dwie dziewczynki i pani z wózkiem. Nieopodal na murku - grupa młodzieży. Pojawiłam się tam nagle, w nagrzanej ciszy i czułam na plecach spojrzenia tych ludzi. Wszystkie oczy śledziły mnie, jak kamera rejestrująca scenę uliczną. Dzieci przerwały rzucanie do butelek, psy zastrzygły uszami, głowę uniósł młody chłopak, pani z dzieckiem i dwie dziewczynki. Z zainteresowaniem przyglądała mi się grupa młodzieży. Byłam wydarzeniem, przerwałam niedzielną nudę. Przeszłam, zniknęłam za zakrętem i wszystko wróciło do normy. Znów cicho, znów spokój.
Spacer do Alcoguaz i z powrotem okazał się dłuższy niż myślałam i uciekł mi ostatni autobus do Vicuni. Musiałam więc wracać autostopem. Najpierw minibusem z kierowcą, który wiózł chorą kobietę do szpitala, potem furgonetką z trzema rosłymi, ogorzałymi typami, w końcu, w bagażniku ciężarówki z grupą robotników wracających z plantacji cytrusów. Do Vicunii dotarłam wraz z ostatnimi promieniami zachodzącego słońca, wykończona, z plecakiem pełnym pomarańczy i mandarynek.