"Ciepły wieczór z Bi Kidude"
Tekst: Ewa Chylak Wińska
“Perhaps the only reason I am different is because I sing music for woman, not just everyone”
Bi Kidude
*
Ma to być pokrzepiająca historia o bardzo starej, bezdzietnej kobiecie, która - zachowując pogodę ducha, kopcąc co najmniej paczkę papierosów dziennie, zalewając się od czasu do czasu piwem i lokalnym koniakiem - nie przestaje śpiewać.
Ale też o tym - jak wyjątkowo słucha się starej śpiewającej kobiety na afrykańskim festiwalu muzycznym Sauti za Busara (Sounds of Wisdom), który od kilku lat ma miejsce w lutym, na muzułmańskiej, tropikalnej wyspie o magnetyzującej nazwie: Zanzibar.
*
Stara kobieta to Bi Kidude. Kidude binti Baraka. Ludzie mówią, że ma ponad sto lat. Sama przyznaje, że nie zna daty swojego urodzenia – może tylko potwierdzić, że urodziła się na Zanzibarze w czasie rupii (a nie szylinga, który obowiązuje do dziś), czyli najwcześniej w latach dwudziestych ubiegłego stulecia. Jedno wszak jest pewne - Bi Kidude to pieśniarka bez wieku i bez czasu, pierwsza dama Stone Town i pierwsza dama muzyki taarab oraz niekwestionowana gwiazda każdej Busary.
*
Jest czternasty lutego. Ziemia gorąca. Wyraźnie czuję jej ciepło, siedząc na trawie, bez koca, karimaty czy szmaty, i wyobrażam sobie, jak jej równikową krawędź praży nieruchome słońce, wokół którego ziemia obraca się i kręci – niczym kotka wystawiająca grzbiet na promienie, na ciepło, na pieszczotę.
To wygodne – nie martwić się o dobrą pogodę na festiwalu muzycznym odbywającym się pod gołym niebem. Polski Opener potrafi przyjść z chłodem, deszczem i błotem. Trzeba szykować peleryny i kalosze po kolana. W razie zmęczenia lub błogiego odrętwienia, w jaki zapada się dzięki muzyce dawkowanej w maratonicznej porcji przy pewnej dozie rozmaitych używek, niedobrze jest osunąć się na wilgotną murawę, bo ziemia jest zimna i można złapać wilka. Trzeba mieć pod ręką plecak, turystyczny stołeczek, koc - karimatę czy szmatę.
Na Północ słońce dociera w nagrodę. Tutaj, na Zanzibarze, gdzie mieszkamy od pół roku, słońce jest nieznikającym sąsiadem.
*
Sauti za Busara od sześciu lat prezentuje muzykę krajów (głównie) wschodnioafrykańskiego wybrzeża, należących do kultury Suahili. Określony jest mianem „najbardziej przyjaznego festiwalu muzycznego na ziemi”. Nie wiem, co by na to powiedzieli organizatorzy poznańskiego Ethno Portu, którym w sztywnej i merkantylnej stolicy Wielkopolski zrobili w zeszłym roku furorę, ale mogę potwierdzić, że atmosfera Busary jest co najmniej wyjątkowa. Przez blisko tydzień Stone Town zamienia się w tętniącą nocnym życiem przystań. Koncerty organizują przestrzeń miasta, którego serce bije między publicznymi ogrodami Forodhani w długotrwałym remoncie i portem pełnym łodzi, statków, promów a białymi balustradami wysokiego House of Wonders i murami Starego Fortu. Fort, w którym mieści się kamienny amfiteatr i plac w kształcie dużego prostokąta z ustawioną na przodzie sceną, gromadzi wielu widzów i słuchaczy. Przypadkowi turyści, busarowi szczęściarze, mieszają się z tłumem miejscowych - Białych ekspatriatów i Czarnych tuziemców, i nie kryją radości spowodowanej tym, że po pierwsze dane im jest uczestniczyć w wielkim afrykańskim święcie muzyki, a po drugie, że święto przebiega bez opóźnień, wtop czy potknięć i nagłośnienie, sprzęt oraz światło działają bez zarzutu: w cieple, pod gwiazdami, na trawie, wśród znajomych i w mroku bijącego o brzeg oceanu.
*
Nasza bohaterka, Bi Kidude, której mocnego, chropowatego głosu nie zdołało zniszczyć ani życie, ani wilgoć zanzibarskich monsunów ani namiętne jaranie szlugów, siedzi krzepko w loży honorowej, na białym, plastikowym krześle. Dość drobna i szczupła, spowita w błyszczącą suknię dodającą jej ciała. Od godziny zerkam na nią i macham przyjaźnie – jej owinięta w granatowy turban głowa kiwa się w takt muzyki płynącej ze sceny. Bi Kidude uśmiecha się do wszystkich i patrzy niewidzącym wzrokiem. Za kilka minut – w asyście sympatycznych chłopców z obsługi festiwalowej – pójdzie do baru wychylić parę głębszych na odwagę, i powoli rozpocznie swój krótki występ.
*
Taarab jest muzyką powszechną na Zanzibarze. Dla wykształconego przez europejski walc, nokturn, pop i rock ucha, stanowi dość osobliwy zestaw dźwięków, które użytkownicy kultury Suahili, zamieszkujący Kenię, Tanzanię (i Zanzibar) odziedziczyli po swych arabskich, hinduskich i afrykańskich przodkach. Początkowo taarab grano na dworach sułtanów lub w bogatych domach omańskich kupców. Wykonywany po arabsku i śpiewany tylko przez mężczyzn, rozprzestrzeniał się z kenijskiego Lamu do Mombasy i dalej - na południe, żeby dotrzeć na Zanzibar w pierwszych latach ubiegłego stulecia, kiedy to sułtan Ali bin Hamoud zainicjował męski social club (istniejący do dziś Ikhwan Safaa, czyli Malindi Musical Club) grający taarab. Obecnie największą orkiestrą taarab na Zanzibarze jest Culture Musical Club działający od 1958 roku, aktywnie muzykujący i koncertujący na całym świecie. To z ekipą Culture Musical Club Bi Kidude, jako dobiegająca dziewięćdziesiątki diva, śpiewała na trasie koncertowej – poza granicami Tanzanii.
*
Jednak Bi Kidude (ani żadna inna kobieta) nie mogłaby stanąć na scenie publicznej, gdyby nie czcigodna Siti bint Saadi, legenda taarab, wielka zanzibarska pieśniarka, która primo, była kobietą i śpiewała taarab, secundo – śpiewała w suahili, a nie po arabsku, tertio – jako pierwsza Afrykanka nagrała swoje pieśni na gramofonowych płytach (w Bombaju). Siti bint Saadi zgodnie z tradycją występowała w czarnym welonie zakrywającym jej twarz. Zanim jednak stała się sławna, sprzedawała gliniane garnki na targu i piosenkami zachęcała oglądających do kupowania. Potem często śpiewała we własnym domu w Stone Town, gromadząc wokół siebie męskich słuchaczy i męskich muzyków. Występy zaczynały się tuż przed północą i trwały do czwartej nad ranem. Mała Kidude słuchała nocami pieśni Siti, zapamiętując każdą frazę i linijkę. Nie wolno jej było wchodzić do środka, więc siadała na barazie, kamiennej ławie przed domem Siti bint Saadi, czasem nucąc i bębniąc palcami o ścianę, czasem przysypiając – dopóki nie znalazł jej ktoś z rodziny i nie odprowadził do matki, przyzwyczajonej, że jej najmłodsza córka często znika z domu i ze szkoły, żeby słuchać muzyki – czy to w porcie, czy na łodziach arabskich żeglarzy klepiących w table, czy to w ciasnych uliczkach miasta
Msimu binti Baraka, matka Kidude, próbowała wielu sposobów, żeby zatrzymać niesforną dziewczynkę w domu. Na nic jednak zdały się jej starania – Kidude przecinała każdą linę, którą była przywiązana do nogi łóżka, kuchennego stołu lub ręki matki, i uciekała kraść muzykę. Była bowiem - jak sama o sobie mówi - „mwizi wa Taarab” – złodziejką taarab („I have always called myself a mwizi wa Taarab, or a Taarab thief beacause no one ever taught me, I stole it by listeninig to the Arabs and Siti”).
*
W zeszłym roku Bi Kidude pojawiła się na scenie Busary w towarzystwie młodych muzyków ubranych w śnieżnobiałe galabije, pięknych jak bliskowschodni książęta, przygrywających jej cicho i tęsknie na starodawnych instrumentach taarab – bębenkach, tablach, lirach, lutniach (oud), skrzypcach, cytrach, talerzach, akordeonach i tamburynach (rika). Ona – bosa - stała lekko na deskach przed mikrofonem w perłowej, błękitnej sukni i zawodziła o miłości, zdradzie, nienawiści, zwykłym życiu biegnącym w tym samym rytmie przez dziesięciolecia. Zanzibarczycy, rozumiejący jej pieśni byli w ekstazie. My przyglądaliśmy się Kidude i jej fanom, w zachwyceniu, uznając, że to zjawiskowe połączenie muzyki i poezji w taarab, którym ludzie kultury Suahili nasiąkają od urodzenia, jest nam, dalekim przybyszom, w jakiś szczególny i oczywisty sposób niedostępne. Śpiewała, jak zawsze, pieśni Siti bint Saadi, o której mówi: „I think I can say that without Siti there would be no Kidude as I am known today. But also, without me, Siti and her songs would not be so well known either.”
W tym roku ta niepilnowana wskazówka słonecznego zegara, jaką jest Kidude, weszła na scenę podtrzymywana przez zaprzyjaźnionego konferansjera. Powolutku, szeleszcząc elegancką suknią, ustawiła się przed mikrofonem. Publiczność przywitała ją ze łzami w oczach i nie było wśród publiczności nikogo, kto by jej nie znał i nie wielbił. Kidude wykonała tylko jedną (może dwie?) piosenkę, po czym ukłoniła się niziutko i ten sam konferansjer wziął ją zgrabnie na ręce i zniósł ostrożnie ze sceny. Dzieci, chłopcy, kobiety, mężczyźni i dziewczyny – Biali, Czarni, Kolorowi, bili brawo bez tchu.
*
Sauti za Busara stwarza wiele okazji. I chyba na tym polega jej największy urok - na zgromadzeniu kilku światów w jednym miejscu.
Czternastego lutego jest sucho i gorąco. Żadna bryza nie wlatuje w otoczoną murami przestrzeń starego fortu. Gra dobra muzyka i jest bezpiecznie. Ludzie przybyli z różnych zakątków globu, siedzą gęsto na trawie. Wzdłuż murów fortu działają stoiska pełne jedzenia, picia, rękodzieła, wydawnictw muzycznych i albumowych. Cały wieczór pracują roznosiciele napojów i przekąsek, zbieracze butelek i sprzątacze, którzy przeciskają się przez żywe, ciasne rzędy ludzi. Obsługa festiwalowa na bieżąco rozdaje słuchaczom ankiety, które mogą wypełnić, jeśli chcą (pytania dotyczą jakości Busary).
Chłopcy, mali, więksi, duzi, dziewczyny i kobiety, wystrojone podlotki, matki z dziećmi, siostry matek, ciotki, sąsiadki i sąsiedzi – wszyscy przybywają na zabawę, na festiwal, w grupach. Tuziny ojców ze śpiącymi na ich ramionach dziećmi – wtulonych, spokojnych, głęboko uśpionych upałem, muzyką.
Podczas przerwy w muzyce ścieżkę wypełnia wolno przesuwający się sznur ludzi. Wszyscy chcą zająć ostatni skrawek ziemi, wszyscy chcą kupić colę, piwo, zrobić siku albo spotkać się z umówionymi znajomkami. Cały dzień aż do zachodu słońca wejście na Busarę jest darmowe – dla wszystkich bez wyjątku, także dla zasobnych Białych, spośród których większość i tak przychodzi posłuchać muzyki dopiero wieczorem po eleganckiej, hotelowej kolacji.
*
Siedzę więc na ciepłej ziemi. Moja sąsiadka po lewej jest dużą, ciepłą kobietą. Rozłożyła się skromnie, tak jak ja, na trawie. Widzę jej tylko oczy (przenikliwe) i stopy (pomarańczowa henna na podeszwie). Jako że mało wolnego miejsca wokół – stykamy się kolanami, łokciami, palcami – będąc na styku kultur.
Busara to fiesta africana, święto muzyki i jak każde święto pod gołym niebem - dobry pretekst do współnego wyjścia kobiet (z dziećmi) – z domu, z podwórka, z pracy.
Wyjściowe stroje dziewczynek są przepyszne. Małe wyglądają jak księżniczki albo komunijne bomby małoletniej słodyczy – w złotach, seledynach, błękitach, różach. I dalej - w koronkach, cekinach, atłasach, jedwabiach, tiulach – a wszystko to z chińskich dostaw do indyjskich sklepów. Dziewczyniki stroją się publicznie być może na zapas, kiedy to ornamenty i niezliczone bogactwa kolorów sukien ukryją - jako dorosłe kobiety - pod czarną buibui, welonem i peleryną, spod której nie widać im czasem nic oprócz ciemnych oczu pod cienką kreską brwi.
Popijam ukradkiem piwo (głupio mi pić alkohol wśród muzułmanów). Czekam na dalszy ciąg wieczoru i kolejną po Bi Kidude śpiewającą kobietę - cudowną, energetyczną księżniczkę Nawal z Komorów, której płyta Aman nie przestaje grać w naszym domu. Czekając, rozglądam się dookoła, gadam z przyjaciółmi i zajadam festiwalowe przekąski – orzeszki, prażone i pakowane w małe, foliowe paczuszki albo papierowe rożki z gazet, świeże mango z solą i pilipili (czili), pestki baobabu w różowiutkim proszku tamaryndowym, orzeźwiające sorbety owocowe azam w przenośnych chłodziarkach itd.
*
Na Zanzibarze Bi Kidude znano głównie z unyago.
Unyago, rdzenną, afrykańską i bliską ziemi muzykę, grano dawniej, żeby odstraszyć demony. Teraz jej brzmienie towarzyszy jednemu z najważniejszych wydarzeń w życiu młodej kobiety – inicjacji przed ślubem. Często unyago zamawia matka dziewczynki, kiedy ta zaczyna miesiączkować albo wtedy, gdy ma wyjść za mąż. Impreza odbywa się za zamkniętymi drzwiami tak długo, na ile mogą sobie pozwolić rodzice mwari, czyli młodej dziewczyny – od kilku godzin do kilku dni, i ma na celu wprowadzenie jej w arkana (również erotyczne) dojrzałego życia kobiety. Żaden mężczyzna nie ma prawa uczestniczyć, widzieć ani podglądać tego, co dzieje się podczas unyago. Kiedy grające na bębnach kobiety złapią podglądacza na gorącym uczynku, wciągają go do domu, w którym trwa impreza, rozbierają do naga – zostawiając tylko skąpą przepaskę z kangi na jego biodrach. Ma tańczyć w rytm muzyki dopóki triumfujące kobiety nie pozwolą mu odejść. W imprezie nie mogą brać również udziału kobiety, dla których nikt dotąd nie zorganizował unyago.
Oprócz bębniących i śpiewających kobiet na unyago, najważniejszą rolę w życiu młodej dziewczyny spełniają dwie osoby: somo i kungwi. O ile tę pierwszą można określić po polsku jako bardzo bliską matkę chrzestną, to funkcja drugiej jest nieprzekładalna na język naszej kultury (podobnie jak unyago nie ma swojego odpowiednika we współczesnym zachodnim świecie – bo przecież nie jest nim ordynarny, pozbawiony śladu sacrum, wieczór panieński).
Somo to żeński duch opiekuńczy w żywej osobie, przewodniczka i nauczycielka życia. Pilnuje, żeby jej przybrana córka wyrosła na dobrego człowieka. Wspiera ją i radzi. Uczy też, jak ma zachowywać się podczas menstruacji - jak zbierać krew i jak dbać o czystość – także w aspekcie religijnym (krwawiąca kobieta nie może na przykład dotykać Koranu). Najczęściej somo zostaje wybrana przez biologiczną matkę dziewczynki albo przyjaciółka (czy bliska krewna) matki sama podejmuje się tej roli – czując szczególną więź z danym dzieckiem. Oczywiście, gwiazdy - i somo, i córki muszą się ze sobą zgadzać, bo bez dobrego układu astrologicznego ani rusz. Po latach somo staje się przyjaciółką, ale i osobą, przed którą czuje się respekt.
Kungwi zaś to kobieta od zadań specjalnych na miesiąc miodowy - przewodniczka i nauczycielka życia w małżeństwie – a raczej w pierwszych jego dniach (i nocach). W przeddzień ślubu kungwi myje, masuje, naciera olejkami i wonnościami ciało panny młodej. I to ona razem z muzyczkami podczas unyago uczy ją, jak ma kochać swojego męża. Jak go pieścić i zadowalać, jak pięknie pachnieć i słodko wyglądać – jak tańczyć wokół niego i czule mu śpiewać. Po nocy poślubnej kungwi pokazuje rodzinie czerwoną plamę na prześcieradle i spędza z panną młodą siedem dni - gotując dla niej, ubierając ją i wykonując za nią wszelkie prace domowe.
Unyago, szczególnie w wykonaniu Bi Kidude współpracującej z somo i kungwi inicjowanej dziewczyny, musi należeć do tego samego źródła kobiecych misteriów, których wspólnotowość łączy greckie bachantki, hinduskie adeptki kamasutry, indiańskie wilczyce i aborygeńskie pramatki. Bi Kidude przyznaje: „If I had to chose beetween Taarab and Unyago I would chose Unyago. It is Unyago where I get my satisfaction and at the peak of it I sometime feel as though I am in a trance and I could go on drumming for hours on end feeling neither sleepy nor hungry.”
*
Bi Kidude większość swojego życia spędziła na wyspie. Nieznana. Zawsze śpiewała, sama lub z różnymi zespołami muzycznymi. Była dość popularna i doceniana przez tuziemców. Ale sława, rozgłos i podróże spotkały ją dopiero niedawno – w starości. Pewnego wieczoru Kidude występowała jak zwykle w jednym z hoteli w Stone Town. Stanowiła miejscową atrakcję dla gości hotelowych, wśród których siedziała niejaka Bi Mariam Hamdani. I właśnie Mariam Hamdani stoi za odkryciem Bi Kidude w wersji taarab. Zaprosiła ją na rozmowę i zaproponowała współpracę. Miało to miejsce 15 lat temu. W tym czasie Kidude wyrobiła paszport (co nie było proste bez aktu urodzenia), zdobyła wielu przyjaciół i kilku zazdrosnych wrogów, nagrała parę płyt oraz wystąpiła przed (między innymi) Niemcami, Szwedami, Holendrami, Anglikami, Szwajcarami, Francuzami, Japończykami...
Nie zna i nie czyta nut. Nigdy nie czytała również tekstów piosenek. Cała muzyka wypływa z jej serca, duszy i głowy (tak, jak wielu afrykańskim i zanzibarskim kompozytorom czy pieśniarzom). Bi Kidude, wiecznie żywa griotka z wyspy, zna muzykę i słowa na pamięć. Nic dziwnego - Zanziabrczycy ćwiczą mnemotechnikę od najmłodszych lat, ucząc się wersetów Koranu w madarasach, szkołach koranicznych. Każdego dnia recytują święte słowa Księgi. Powtarzają je i zapamiętują, tak, jak my kiedyś mówiliśmy „Odyseję” i „Iliadę”.
W 2005 roku Bi Kidude pojechała do Europy, żeby odebrać specjalną, prestiżową nagrodę WOMEX przyznaną za całokształt twórczości. „I even beat Miriam Makeba to get this” – cieszy się Kidude i dodaje trzeźwo – „I think they gave me the award because I’m so old but I still can sing and no one understands why I still have such a strong voice”.
*
Wszystkie cytaty w tekście pochodzą z książki „Bi Kidude. Tales of a Living Legend”, będącej zapisem opowieści pieśniarki, które zebrali Ali Saleh, Fiona McGain, Kwathar Buwayhid i Javed Jafferji (zdjęcia).
Na temat Bi Kidude powstał również obsypany nagrodami film dokumentalny pod tytułem „As old as my tongue. The myth and life of Bi Kiidude” w reżyserii Andy’ego Jonesa i Aubrey Fagon.
*
Więcej zdjęć z tegorocznej Sauti za Busara tutaj:
http://picasaweb.google.pl/ewakosorama/Busara02
Więcej słów tutaj:
www.madrugada.blox.pl
Zdjęcia poniżej: Matylda Pniewska